Presja społeczeństwa na przyszłość

     Wiele razy zastanawiałem się nad tym, co robić w przyszłości. Mam w głowie wizję siebie jako lekarza medycyny sądowej, który kroi trupy, bada szczątki i jest szczęśliwy przez pracę, jaką ma. Myślę też o sobie jako o pisarzu, który pisze książki, które chciał napisać od wieku nastoletniego, widzi, jak jego dzieła kupują miliony ludzi. Czasami widzę siebie jako szefa kuchni własnej restauracji, który z wielką precyzją i opanowaniem tworzy dania, podając je sławnym gościom i który może kiedyś zgarnie gwiazdkę Michelin. Oprócz tego też mam w głowie obraz siebie jako wysportowanego typa, który wraz z kotem i mężem wychowuje dziecko.

    Tylko wiem, że jak na razie żadna z tych wizji nie jest bliska zaczęcia. Oczywiście, uczę się biologii, aby iść na lekarski, ale jest wiele wątpliwości, co do bycia na tym kierunku. Umiem pisać, trochę prac zacząłem, ale żadnej nie skończyłem, więc nie wiem, jak coś innego może skończyć się w życiu. Z gotowaniem nie jest źle, domownicy chwalą to, co gotuję, więc wiem, że to nie jest aż tak duże dno. Czasami biegam, chociaż częściej siedzę na dupie przy laptopie i narzekam na wszystko, na świat i siebie. W sumie na siebie najczęściej narzekam.

    Mam tak wiele planów na siebie, a czasu żadnego, żeby je zrealizować. Mając dopiero dziewiętnaście lat, czuję się, jakbym zmarnował czterdzieści, a nie chcę zmarnować żadnego roku w tym życiu. Bo mam tylko jedno życie i potrzebuję pokazać każdego, że jest ono idealne i takie, jakie chciałem, jak byłem mniejszy.

    Dlaczego chcę to zrobić? Może przez to, że społeczeństwo ciągle ode mnie wymaga, żebym był idealny i miał wszystko perfekcyjne. Wymaga też tego, żeby wszystko pracowało jak w szwajcarskim zegarku, nie patrząc na to, jak ja się czuję, wykonując taką robotę. Presja społeczeństwa na prawo jazdy od razu, jak skończy się osiemnaście lat; na wybór kierunku studiów, jak idzie się dopiero do pierwszej klasy liceum lub technikum; na pójście studia od razu po ukończeniu szkoły; na nienarzekanie na to, jak my, młodzi, możemy mieć trudno w życiu — te i inne czynniki, które dorośli przekazują nam w dowód tego, że tylko z tymi rzeczami mamy jakąś wartość, są okropne, beznadziejne i powinny zmienić się jak najszybciej.

    Znam wiele osób, które nie zrobiły prawa jazdy od razu po osiemnastce. W tym jestem ja. Nie chciałem robić, bo nie czułem się pewny za kierownicą (dalej tak jest). Nie chciałem robić, bo nawet nie mam czym jeździć, żeby nie zapomnieć umiejętności. Nie chciałem robić, bo samo utrzymanie auta jest droższe od bilety autobusowego lub komunikacji miejskiej. Nie chciałem robić, bo nie chciałem mieć problemów związanych z autem: coś zepsuje się, to trzeba naprawić, bo nie można jechać. Mam jeszcze wiele innych powodów, przez które nie chciałem robić prawa jazdy od razu po ukończeniu osiemnastu lat, ale to są główne. 

    Mam osoby w rodzinie, co zrobiły prawko dopiero po czterdziestce i nikt nie mówi, że to źle. Nikt nie mówi, że nie umieją jeździć, bo przecież zdały egzamin i mogą prowadzić. Z resztą zrobienie prawa jazdy później niż po skończeniu szkoły średniej nie sprawi, że świat się skończy. Istnieje też czas na studiach, aby wyjeździć dwie godziny co dwa dni. Albo wiecie też, że można zrobić prawo jazdy, będąc już w stałej pracy? Ludzie tak żyją, ludzie robią prawo jazdy na każdym etapie swojego życia i nikt nie ma żadnego prawa wymagać od nas, że zrobimy je jak najwcześniej.

    Czemu mamy wybierać studia od razu, jak chcemy iść do szkoły średniej? Przecież to nie ma żadnego sensu, żadnej logiki. Jesteśmy wtedy młodzi, mamy po piętnaście, szesnaście lat i mamy wybrać profil w szkole, który będzie odpowiedni pod studia. Bo będziemy się przecież uczyć tych rozszerzeń przez kolejne cztery lata. Skupimy prawie cały swój czas na nich, w międzyczasie może rozmyślając się nad tym, co chcemy robić w życiu.

    Przykładowo: w gimnazjum chcieliśmy iść na profil do liceum z rozszerzoną historią i językiem polskim, ale po pierwszym roku lub w połowie drugiego odkrywamy, że to nie jest to, co nas interesuje. Mamy wtedy siedemnaście lat, jesteśmy zrażeni do jednych przedmiotów i chcemy odkryć to, co nas będzie interesować. Czyli trzeba przepisać się na inny kierunek, zaczynając go od podstaw. W ten sposób tracimy rok albo i dwa, znajomości, pewność w szkole. Ale też są tacy ludzie, którzy nie zmieniają już profilu po półtora roku lub dwóch latach, tylko zostają na nim do końca. Myślę, że to głupie: być w jednym miejscu, które nawet nie satysfakcjonuje w stu procentach. Zamiast tego wolałbym rozwijać się, a nie trwać w czymś, co mnie męczy. Ale nie jestem nimi, więc nie decyduję za nich. 

    Mamy wtedy po siedemnaście lat, dalej nie wiemy, co chcemy robić w dorosłym życiu, a dorośli oczekują od nas kompletnego przygotowania do tego życia, zapominając, że dalej jesteśmy młodzi. Całe zamieszanie związane z tym, że nie wiemy zbytnio, co robić po szkole, jest związane z tym krajem. Z tym, że nasi rodzice musieli iść do pierwszej lepszej pracy, aby zapewnić nam jedzenie i dach nad głową, a my (przez to, że mamy wybór) nie wiemy, co wybrać. I mało kto umie nam pomóc w wyborze ścieżki zawodowej.

    Coraz częściej zastanawiam się o tym, czy w ogóle iść na studia po szkole. Wiem, to są studia, trzeba iść, bo będzie się miało lepszą pracę i tak dalej, ale… No właśnie, jest to ale. Myślę, czy poradzę sobie finansowo na nich, skoro i tak mama nie będzie mogła mnie tak mocno wspierać, jak to robi w szkole średniej. Utrzymanie się na studiach różni się od utrzymania się w bursie/internacie i jest trudniejsze. Trzeba jednak samemu kupować sobie jedzenie, a to z kolei oznacza, że trzeba mieć więcej w budżecie, aby przeżyć studia. Opłaty za akademik, komunikację miejską i inne usługi, które są w każdym dużym mieście, nie różnią się od siebie. Tylko dodatkowo obciążenie to własne jedzenie. W sumie nie myślę o studiach tylko przez kwestie finansowe: nie mam dwójki rodziców, którzy by mi pomogli, zapłaciliby za mieszkanie lub chociaż jedzenie. Czuję, że będę musiał poradzić sobie sam na studiach i wiem, że będzie to trudniejsze niż w technikum. 

    Myślę o zrobieniu sobie tak zwanego gap year, czyli roku przerwy. Akurat to spożytkowałbym tylko na pracy, żeby mieć większe oszczędności na studia, bo aktualne są śmieszne. Chociaż nie wiem, czy mógłbym iść do pracy, bo przecież ja i siostra otrzymujemy alimenty, a dostanie ich zależy od wysokości dochodu. Nie chciałbym sprawić, że siostra nie dostałaby alimentów przez moją pracę. Nie wiem, co zrobić. Chyba mogę się uczyć biologii i postarać się najlepiej napisać maturę.

    To, co wymieniłem w tekście i inne rzeczy, którymi trzeba zamartwiać się, strasznie mnie dołują. I pewnie nie tylko mnie, pewnie wielu z was ma podobnie: trzeba pomyśleć o przyszłości, ale sama teraźniejszość nie wygląda dobrze, więc jak mam coś planować, jak nie wiem, czy dożyję tego. I do tego dokładamy kolejny problem: dorośli rzadko to rozumieją. Oni chcą tylko, abyśmy robili to, co oni za młodu i nie wychylali się. Ale my tak nie chcemy, bo nie chcemy żyć ciągle w cieniu siebie samych — potrzebujemy, aby każdy miał dobre warunki do życia, aby nikt nie musiał martwić się o to, czy poradzi sobie na studiach bez pomocy rodzica lub rodziców. I nie tylko. Potrzebujemy mieć dobrych warunków do rozwoju siebie i innych. Tylko tego potrzebujemy.

    Planowałem trochę inny post, ale wyszedł taki, jaki wyszedł. Chciałem napisać o swoich planach i marzeniach, ale wyszło o obawach dotyczących dorosłego życia. Może potrzebowałem wyrzucić to z siebie, bo długo mi to ciążyło.

    Pisał Hubert

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

krótko (i guess) o samotności

w wielkim mieście…

14 akapitów o fałszywych znajomych