14 akapitów o fałszywych znajomych
Cześć, tutaj Hubert.
Zastanawiałem się, jaki wybrać temat na ten wpis, ale spośród ogromnej puli tych, które mnie nurtują, na nic nie mogłem się zdecydować. Liczę na to, że w miarę, jak coraz więcej słów pojawi się tutaj, to wpadnę na temat postu, ale nic nie jest pewne.
Może rozpiszę się o tym, jak kruche są jakiekolwiek znajomości z ludźmi. I o tym, jak nie nastawiać się na coś wielkiego, skoro w przeciągu kilku minut można zakończyć wiele znajomości. W sumie to nurtuje mnie jedna rzecz od prawie trzech tygodni, więc to idealny moment, aby napisać wam o niej.
Macie takie momenty, kiedy jesteście samotni, czujecie się niezrozumiani i ogólnie myślicie, że świat was nienawidzi? Jeśli tak, to nie jesteście sami; wiele osób tak ma, nie tylko wy. Ale nie chcę pisać, że to źle, że tak jest i tak dalej, bo jednak ten post nie będzie o tym. Wracając do tych smutnych momentów: myślicie sobie, że jesteście beznadziejni, bo nie macie nawet znajomych, prawda.
Też tak myślałem przez długi czas; siedząc na Twitterze od gimnazjum wykreowałem swoją tamtejszą personę, z którą nie zawsze utożsamiam się, bo jednak tam czuję się inaczej niż w rzeczywistości. Mijały lata, poznawałem osoby, z którymi kontakt urwał się lub dalej jest (za tę drugą opcję dziękuję komukolwiek, kto mnie widzi) i dojrzewałem. W sumie to dalej dojrzewam, z każdym kolejnym wydarzeniem staję się innym człowiekiem i one (te wydarzenia, jakbyście nie zrozumieli z kontekstu) mnie kształtują na takiego człowieka, jakim jestem.
Wracając do poznawania znajomych: w kwietniu poznałem (wtedy tak mi się wydawało) ciekawych ludzi. Ogólnie słuchają tej samej artystki co ja (czyli Taylor Swift). I tylko to nas łączyło, patrząc na to z biegiem czasu. Mimo ich historii z życia słuchanych dniami i nocami, to nie mogłem poczuć, że należę do ich społeczności; zawsze czułem się, jakbym odstawał w jakimś calu, może stopie, a może jardzie, od reszty. Tak do lipca było przyjemnie, graliśmy razem w różne gry komputerowe, rozmawialiśmy wieczorami o byle czym.
Właśnie, o byle czym. I to mnie zaczęło w sierpniu irytować; piszę do jednej typiary, że chciałbym pogadać, bo mam zamiar wyrzucenia z siebie tego, co mnie dręczy, ale zamiast wysłuchania, dostaję jeszcze większy słowotok ze słowami, których nie zapamiętuję, bo są tak bez sensu, tak bez składu, że nie chcę nawet ich spamiętać. I nawet kiedy zaczynałem coś mówić, to ona po chwili mówiła coś niezwiązanego z rozmową, rozkręcała się i przez minuty, godziny mówiła o sobie. Rozumiem, może nie dostawała takiej uwagi od rodziców, rówieśników jak była mniejsza, że teraz próbuje to sobie zrekompensować podczas rozmowy z osobami z internetu, ale niech pozwoli też innym mówić. A to było szczytem góry lodowej w upadki tych znajomości.
Kolejną z przykrych rzeczy, jakie mnie spotkały, kolegując się przez internet z tymi ludźmi, to fakt, że jak chciałem zgadać się na jakąś godzinę, żeby pograć, to każdy, kto chciał, umówił się ze mną na tę godzinę. Ale jak już wybiła przykładowo dziewiąta wieczorem, to byłem tylko ja na Discordzie, a reszta: A: zapomniała o tym; B: umówiła się z kimś innym na tę samą godzinę; C: źle się czuje, bo dzień wcześniej przesiedziała do czwartej w nocy, gadając z tymi ludźmi na Discordzie. I wkurwiałem się wtedy, bo jednak zostałem wystawiony do wiatru. I jeszcze bardziej traciłem wtedy chęci na kontaktowanie się z nimi, na jakąkolwiek integrację, bo wiedziałem, że znowu będzie podobnie jak w tym przypadku.
Cały sierpień zleciał mi na nauce, a później w pracy i właśnie w sierpniu każdy z tamtej ekipy mógł codziennie siedzieć na Discordzie, gadać, grać do późna w nocy. Natomiast w lipcu nic, kompletnie cisza od ich strony, kiedy ja się pytałem o umówienie się na granie. W sierpniu nawet nie umawiali się zbytnio na granie, tylko spontanicznie pisali na grupie i wieczorem grali. I czułem się wtedy zdystansowany, bo jednak miałem swoje obowiązki, które musiałem wypełnić (nauka, praca), a nie mogłem pozwolić sobie na całe wieczory spędzone przy laptopie. Dlatego wtedy czułem się wkurwiony, że w sierpniu na luzie mieli czas na granie i wiedzieli, że ja go nie mam, a w lipcu, jak ja miałem czas na granie, to oni robili różne trudności w zgadaniu się na granie.
Zacząłem zastanawiać się, czemu rozpisuję się w tylu przykładach o tych znajomych, ale chodziło chyba o to, żeby nakreślić tło od mojej strony, jeśli chodzi o całokształt znajomości. We wrześniu już odpłynąłem od nich, czyli przestałem spędzać tyle czasu na pisanie z nimi na Messengerze, Twitterze, Discordzie, aż doszło do podobno wielkiej dramy.
Ogólnie to zaczęło się wcześniej, podobno tym, że uwziąłem się na jednego typa i krytykowałem wiele rzeczy, które pisał, chociaż nie tylko ja z nimi się zgadzałem. Ale jak zawsze, na mnie trzeba było to zwalić. Potem, gdzieś w weekend 17-19 września, w sumie to w sobotę, czyli osiemnastego września, poblokowałem i odblokowałem każdego na Twitterze, usunąłem się z każdej grupy, na jakiej byłem z nimi, usunąłem ich z każdego social media, na jakim miałem ich i poczułem się lepiej. Czułem się lepiej, dopóki nie sprawdziłem, co piszą na swoich profilach, bo jak zobaczyłem "śmieci same się wyniosły" (sic!), to mnie to wkurwiło. A zgodziła się z tym wpisem dziewczyna, która mówiła mi o całym życiu, o tym, jak miała fałszywe znajome w liceum, jak też jest wielce samotna i niezrozumiana w tym świecie. Ale po tym, jak zgodziła się z tym stwierdzeniem (w sensie, że śmieci same się wyniosły), to stwierdziłem, że w sumie to lepiej dla mnie, że porzuciłem ich kompletnie.
Owszem, przez kilka pierwszych dni czułem jakieś wyrzuty sumienia, że potrafię tak porzucić ludzi, usunąć ich ze swojego internetowego życia, ale jak więcej czasu minęło, to te wyrzuty ucichły, aż nie pozostały żadne.
Ostatnio, czyli gdzieś tydzień temu, tweetnęli coś, że tęsknią za mną, to po dobie odpisałem im, że też tęsknię za nimi z masą emotikonek. Mam nadzieję, że odebrali to jako sarkazm i nie mają w ogóle nic więcej do mnie pisać na dm i na Twitterze w jakikolwiek sposób.
Szczerze to poczułem się lepiej, kiedy odpuściłem sobie znajomości, w których nikt nie starał się o kontakt ze mną. Przecież ile można ciągle pisać jako pierwszy i mieć mały odzew? Za dużo razy tak pisałem, zbyt dużo czasu poświęciłem na znajomości, które jednak zaprowadziły mnie donikąd. Aktualnie czuję się o wiele lepiej, kiedy zrezygnowałem z tych ludzi i skupiam się na sobie.
Dlatego też, jeśli zaczynacie czuć się niewystarczająco dobrzy, macie wrażenie, że znajomości was przygniatają, znajomi wymagają od was za wiele, to lepiej odpuście sobie ich zamiast męczyć się przy nich.
Tu Hubert
Komentarze
Prześlij komentarz